adopt your own virtual pet!
Bo wszystko zaczelo sie od Londynu... i jakos tak dalej dobrze sie pisze. Codziennosc czasem zaskakuje i fajnie jest umiescic ja gdzies, na jakims rzeczywistym podkladzie... i rozwijac sie w kazdym kierunku, poznawac nowe mozliwosci ekspresji i wlaczac w nia bliskich i przypadkowych ludzi tez....
czwartek, 17 sierpnia 2006
Impresje londynskie czyli ... nareszcie foty z wakacji :))

Spedzilam caly dzien przy tym.... ale jest !!! I nikt sie juz nie bedzie czepial !!!

Stworzylam specjalny blog, aby moc umieszczac w nim tylko zdjecia :))

ZAPRASZAM WIEC NA : http://fotymady.blox.pl/

Dostepne od zaraz... ponad 50 zdjec z Londynu :))

I prosze o komentarze, bo duuuzooo czasu mi to zajelo, aby zadoscuczynic radosci Waszej :)))

Calusy

18:37, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 lipca 2006
i to juz koniec
I to juz koniec naszej brytyjskiej podrozy ;(
Nie chce sie wracac, choc serce teskni juz do rodziny...

Bylysmy dzis ogladac targowiska rozne, na ktorych roilo sie od ciuchow nietypowych,autorskich kreacji brytyjskich projekantow (oj niesamowite to bylo - mam kilka pomyslow na kiecki),ciekawych torebek, nakryc glowy, rzemiosla, zaskakujacej bizuterii i ..... stoisk z kuchnia z pieciu stron swiata... jest tego troche w Londynie - zazdrosc bierze... oj bierze :)
Wdalam sie w dyskusje ze sprzedawczynia o azjatyckim pochodzeniu, ktora byla w 8 miesiacu ciazy, o dzieciach, porodach itd.... ja - moja bardzo lamana angielszczyzna i ona z chinskim ? akcentem - ale dogadalysmy sie, pokazalam jej zdjecia moim dzieci itd, itd...
Pachnialo ze wszelkim stron, probowalam podpatrywac z czego robione sa potrawy, zrobilam kilka zdjec, i mam nadzieje ze uda sie to odtworzyc w Wawie.

Bylysmy tez w Greenwich - urocze, spokojne miasteczko. Oczywiscie zdjecia przy poludniku sa !!!
I tam tez targi rzemiosla artystycznego - chyba niedziela jest tu takim dniem. Znalazlysmy najslodszy sklepik swiata, gdzie bylo chyba z 2000 roznych cukierkow. A sprzedawczyni, Wegierka, mowila prawie plynna polszczyzna.

Zaczelam sie tu czuc jak w domu. Jakos bezpiecznie i normalnie. Wiele rzeczy mi sie podoba : wspaniala komunikacja, brak psich kup, poszanowanie wlasnej historii, otwartosc na inne kultury, zabytki i ich dostepnosc (prawie wszystkie muzea darmowe), obecnosc dzieci w zyciu codziennym i dostosowanie miasta dla nich........ duzo by jeszcze wymieniac
Przyznam, ze wyjezdzam z zalem.
Za duzo sie mysli w tej chwili klebi w glowie i musze nabrac dystansu do wielu spraw, bo na razie to jest sam zachwyt. Musze pare dni odsapnac...
A po za tym wstajemy o 4 rano, aby zdazyc na samolot, wiec wybaczcie, ale juz sil brak
London's trip sie juz skonczyl.
Dobrze ze sa zdjecia - jakies 200 fotek.
Magda
00:48, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 lipca 2006
Sobotni luz
Poznawanie nocnych klubow londynskich udane
Dlugo szukalismy miejsca, gdzie mozna by tylkiem poruszac pod taka muze ktora by nam odpowiadala. Nasz wybor okazal sie trafny i wytanczylismy noc. Co prawda nie pamietam nazwy, chyba cos a la Meridiana czy cos takiego... na gorze chillout, na dole parkiet. I jak zwykle Polki okazaly sie nie do przebicia. Gdy dotarlismy tam, bylo pusto i nikt nie tanczyl. My jak zwykle zaatakowalysmy przebojem i po 5 minutach, zrobilo sie tlumnie. Wszystkie narody swiata. Najlepsi bez watpnienia w kreceniu noga byli ciemnoskorzy. Mozna godzinami sie gapic jak lapia rytm pod kazdy rodzaj muzyki.
Do jednego z klubow, gdzie byla brazylijska impreza, bramkarz wpuscil na tylko dlatego, ze jego dziewczyna jest Polka.
W innym byl koncert jakiejs grupy grajacej blizej nieokreslona muze. Laska na klawiszach i basie, miala jakas izolacyjna tasme oklejajaca jej to cos co powinno byc biustem, a facet spiewal namietnie charczac do mikrofonu "potrzebuje zmiany, potrzebuje zmiany..."
Wracajac, oczywiscie obowiazkowy kebab, aby zagluszyc bol nog po trzech dniach ostrego zdzierania zelowek.
Tlum ludzisk przed pubami i innym przybytkami z alkoholem i zarciem... kolorowo i luznie...

A dzis ... raczej sofcik z wiadomych powodow laczacych sie nieodmnienie z bolem glowy :)
Muzeum Londynskie - cudownie interaktywne miejsce - ukazujace powstanie miasta i wszystkie najwazniejsze wydarzenia az do konca XVIII w.
To co najlepsze : 1) handlowa uliczka wiktorianska odtworzona z pieczolowitoscia i szczegolami -- reeewelacja. Tak samo jak dom bogatej rodziny z czasow rzymskich; 2) mozna bylo przymierzyc kopie strojow z XVI w.; 3) kazda dziedzina miejskiego zycia opisana i ukazane nawet najbardziej zaskakujace prozaiczne rzeczy jak np. XVIII kibel !!!
Muzeum bogate, ale nie przeladowane. Cudowna lekcja wiedzy o spoleczenstwie. Aktorzy odtwarzajace debaty publiczne lub Rzymianka opowiadajaca zaciekawionym brzdacom jak sie zylo wtedy (mala dziewczynka w pewnym momencie powiedziala "no to miala Pani szczescie, ze jest Pani bogata ....); 4) makieta Londynu z 1666 roku i pokazanie w jaki sposob pozar strawil 4/5 miasta; 5) i wiele jeszcze innych spraw.
Potem szybciorem Muzeum Teatru na Covent Garden (gdzie bylo jeszcze wiecej ludzi i artystow ulicznych niz wczoraj). A tam m.in pokazy charakteryzacji, historia rodziny Redgrave'ow, stroje z Baletow Rosyjskich, akcesoria z niektorych sztuk....... bylam w niebie ;)
No i na koniec, szybki rzut oka na Tower Hill i Tower Bridge - ktore polegalo ma tym, ze siadlysmy na lawce na przeciwko i patrzylysmy na te dwa zabytki i obserwowalysmy turystow. Cos trzeba sobie zostawic na nastepny raz, prawda? Zostala nam tez wycieczka statkiem po Tamizie.
Siedzimy, skubiac resztki z kolacji i pijemy piwo, myslac o tym ze pojutrze musimy wstac o 4 ano, zeby zdazyc na samolot powrotny...
Troche teskno juz...
Ale wiem ze wykorzystalysmy nasz czas na maksa :) Choc przeciez kilka kartek w przewodniku zostalo dziewiczych.
Jutro rano : targowisko proznosci i Grinicz Wiladz

ps .Wczoraj zapomnialam napisac ze
1. trafilysmy przypadkiem na Bar Polski (Soho), gdzie i pierogi, i Okocim, i Wyborowa (ale ceny londynskie :)
2. Minelysmy sie z Drew Barymore
ps 2 : Aniu przykro mi, ale butow w Aldo juz nie bylo. Jakas brytyjska zdzira je wykupila ;(((( Widocznie nie byly Ci pisane. Mam za to inna mini-pocieszajke :)
ps 3 nakupowalam duzo chutneyow i innych przysmakow. Cholera ! Ile placi sie za nadbagaz ???
23:58, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lipca 2006
Nogi bola ....
Zapowiedziane wczoraj dzielnice zostaly zrobione, ale juz z lekkim trudem...
Stopy dostaly wycisk...

Srodkowy Londyn, jak go nazwalam, rozni sie mocno od tego co widzialysmy do tej pory. Jest najbardziej wspolczesno miejski. Praktycznie porownywalny do kazdej wiekszej metropolii, z przypadkowymi architektonicznie budynkami bez stylu, wcisniete miedzy pozostalosci starych czasow... Brak w nich specyficznych miejsc, ekstrawaganckiej atmosfery czy snobistycznego zadufania. Czegos co byloby dla nas zaskoczeniem... choc pare miejsc jest naprawde wartych kilku chwil uwagi...
Wysiadlysmy na stacji King's Cross St Pancras, nie wiedzac nawet, ze to dzis rocznica wybuchow... Coz wakacje rzadza sie swoimi prawami, no nie?
Zaczynaly sie juz przygotowania do uroczystosci upamietniajacych tragedie. Duzo ludzi, duzo policjantow, duzo strazy... i duzo kwiatow... Chwila zadumny i ruszylysmy przed siebie, aczkolwiek myslac o tym, co by bylo, gdyby wlasnie byl rok 2005.
A co ciekawego jest w Bloomsbury i Fitztovii, miejscu gdzie krzyzuje sie literatura, sztuka i nauka? No przede wszystkim Britisch Museum... Weszlysmy do srodka z fala tlumu, obejrzalysmy czytelnie (wow !), zrobilysmy zdjecie i ... wyszlysmy... Coz mumie i wazy, to nie nasza pasja ;(
Jest pub Fitzroy (od ktorego wziela sie nazwa dzielnicy), gdzie spotykali sie pisarze i inny artysci.
Jest uroczy sklepik szkocki, pelen krat i tweedow, z postawnym Szkotem (chyba) obslugujacym klientow :)
No i jest ... nieziemskie muzeum zabawek czyli Pollock's Toy Museum. Ten tworca teatrow lalkowych z przelomu XIX i XX byl calkowicie oddany swej pasji. Zgromadzil bogaty zbior zabawek z calego swiata (polskich nie ma, ale obiecalysmy cos przeslac). Wiec sa : lalki, misie, pociagi, kukielki, domy dla lalek, samochody, puzzle, gry planszowe. Najstarszy mis Eryk jest z 1905 roku !!! Ale najlepsze jest to, ze muzeum miesci sie w autentycznym domu z XVIII wieku, praktycznie niezmienionym. Caly dom jest powykrzywiany, tak jakby sie chwial. Pokoiki sa malutkie i niskie, schody bardzo waskie. Sam sprawia wrazenia domku dla lalki... Na dole sklep, w ktorym zostawilam troche funciakow :)))
Holborn i Inns of Court - nudna jak nudni potrafia byc prawnicy... przepraszam moze nie nudna, ale powazna, bardzo powazna. Mnostwo sadow, instytucji prawniczych, korporacji. Slad po dawnych redakcjach prasowych przy Fleet Street troche sie jeszcze majaczy, ale jest to juz cien dawnej swietnosci. Jest kilka, wspanialych monumentalnych budowli o pieknych ornamentach, ale jak juz powiedzialam, powazne na maksa... Law Society jest przeogromne, konca nie widac. Kolejne budynki paczkuja obok glownej siedziby. Skwer przy Lincoln's inn Fields straszy jeszcze jekami skazanych na smierc. Ale dzis prawnicy moga tam w przerwach nad sleczeniem nad aktami, zagrac w tenisa.
I w tym wszystkim, w tej calej powadze majestatu i u stop Temidy, jest jedno miejsce, ktore sprawilo, iz pokochalysmy te czesc Londynu.... ukryty za powazna fasada muzeum sir Johna Soane'sa. Ten syn murarza, jeden z czolowych brytyjskich architektow XIX w. byl prawdziwym pasjonatem swej profesji. Przebudowal on kamienice (wlasciwie trzy sasiadujace ze soba budynki) tworza  godne miejsce na swe niezliczone zbiory, pieknych, dziwnych przedmiotow  z calego swiata- kawalki stropow, kolum, obrazy, meble, sarkofagi, figurki, posagi - dziela sztuki niby bez ladu i skladu rozmieszczone po calym domu, ale za to jakim !!!!! Labirynt architektonicznych niespodzianek, gra luster, zakarmarki,obrazy zawieszone na systemie przesuwajacych sie tablic, ktore sie odkrywa przypadkiem... przepraszam, ale nie jestem w stanie tego wlasciwie opisac..... nawet zdjec nie mam, bo nie mozna bylo ...
Najlepsze jest to, ze Soane zostawil to wszystko narodowi, pod warunkiem, ze nic nie zostanie zmienione po jego smierci...
aha i na krzeslach na ktorych nie mozna siadac, sa ulozone osty... urocze. Ten sposob powinny nasze muzea zastosowac :)
Covent Garden - platanina uliczek o wloskim stylu. Mysle, ze jest to jedyne miejsce w Londynie, gdzie widac troche wplywow Italii. Centrum stanowi Piazza (przeniesiony z Livorno) gdzie roi sie od ulicznych artystow, zonglerow, klaunow. Co chwila slychac smiech widzow i zachwyty dzieciakow...
Na Piazza odbywaly sie targi jarzyn i owocow, a w bezposrednim sasiedztwie do uszu straganiarzy docieraly dzwieki najlepszych oper z Royal Opera House (odbylo sie tu premierowe w Anglii przedstawienie Pierscienia Nibelunga - Wagnera w 1892). Zderzenie dwoch swiatow wykorzystal Shaw piszac fabule Pigmaliona (My Fair Lady).... Obok jest muzeum teatru, ktore zostawilam sobie na jutro.... az drze z przejecia....
To by bylo na tyle.
Musze konczyc, bo dziewczyny krzycza ze mam sie ubierac, bo przeciez idziemy potanczyc.... M.

22:40, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »
Wladza i rozrywka
07.07.06
Kolejny dzien spedzony na przemierzaniu Londynu za nami. Jestesmy obie z Lidzia padniete, ale szczesliwe. Oj nasi rodzice, ktorych turystyczne zamilowanie odziedziczylysmy, moga byc z nas dumni...
Dzis dwa przeciwienstwa czyli dzielnica wladzy i majestatu - Whitehall i Westminster, oraz dzielnice rozrywki -  Trafalgar Square i Soho. Pomiedzy nimi Piccadilly i St James, swoisty lacznik, bedacy zapleczem obslugujacym niegdys dwor i wyzsze sfery, zapewniajacy delikatesy, odzienie i dbajacy o ducha rowniez. Ale po kolei..
Pogoda - doskonala : slonce za chmurami, upalu znosny, wiaterek ozywczy - marzenie...
Rozpoczelysmy jednak nasz dzien od obejrzenia wystawy w Victoria&Albert Museum - obiekt jest ogromny, ale my ograniczylysmy sie tylko do designu sztuki uzytkowej XX wieku oraz kolekcji ubiorow + ekspozycje czasowa 60's Fashion. Powiem tylko ze prawie kazda suknie (Prada, Versace, Chanel, YSL, Mc Queen, Pucci, Mary Quant itd) mam sfotografowana i opisana. Wiecej chyba nie musze dodawac. 60's Fashion podzielona jest wedlug trendow i lat (Swinging London 64-72; King's Road 65-70) i wspaniale ilustruje narodziny nowych trendow w modzie londynskiej i ich wplywu na kolekcje swiatowe. Te lata naprawde nalezaly do UK. Cholera nie mam pojecia jak mam wstawic i czy w ogole sie da, zdjecia do tego bloga - zreszta mamy ich juz 80, wiec chyba byloby trudno. Trudno zobaczycie po naszym powrocie :)
Po V&A Museum, podjechalysmy kilka stacji do Westminster i po wyjsciu z metra od razu zobaczylysmy Duzego Bena i uslyszalysmy... jezyk polski. Zreszta, tak jak wczoraj nie spotkalysmy zadnego Polaka, dzis praktycznie mialysmy wrazenie, ze jestesmy w ojczyznie. Po prostu na wciaz ;)... ale nie bylo zadnego hej, czesc... co tu robicie... raczej mijanie sie wzrokiem i obojetnosc. Tak troche glupio.
Parlament i Big Ben robia wrazenie. Duzy, niesamowicie ozdobiony, taki troche koronkowy, o pieknym kolorze zoltego bezu, otoczony zielenia i ... policjantami. Ich helmy dodaja im ok 30 wzrostu. Ale i tak sa oni jacys tacy... milusinscy.
Kolejka do opactwa Westminster przerazila nas i zrezygnowalysmy ze zwiedzania. Za to obok byl uroczy anglikanski kosciolek St Margaret (XVw), gdzie urzednicy panstwowi lubia brac slub (m.in Churchill). To co warte wspomnienia to poduszki - kleczniki - haftowane, zawieszane na lancuszku naprzeciw kazdego siedzenia. Masakra - kazdy inny wzor. Dzielnica Whitehall - monumentalna, panstwowa, urzednicza, stoicka itd... Kwatera wojenna rzadu, Downing Street, Horse Guards, itd... Sa i uroczyste mundury i zmiany warte (nie widzialysmy). Siedziby osrodkow wladzy, wysokich urzedow... taaak robi to wrazenie tez...
Po tej dawce WOS-u, kojacy spacer po najbardziej malowniczym parku St Jame's w strone monarchii czyli Buckingham Palace, gdzie najbardziej zdziwil nas osobny urzad pocztowy...
Dzielnica St Jame's, pelna "bylych" rezydencji krolewskich, z pieknym tudorianskim St Jame's Palace, obecnie zamieszkana przez uprzywilejowanych urzednikow dworskich, jest takze bardzo reprezentacyjna i spokojna. Ulica Pall-Mall (od paille-maille - gry bedacej skrzyzowaniem krykieta z golfem) jest od ponad 150 lat krolestwem eleganckich klubow londyskich dzentelmenow - paniom wstep wzbroniony. A na St Jame's Street jest  sklep kapelusznika Locka , wspomnienie XVIII wiecznej przeszlosci dzielnicy -  sklepik ma zachowane pierwotne wnetrze i rownie zapierajaca dech kolekcje nakryc glowy, a takze wspolczesne, niesamowite modele kapeluszy (mam foty i foldery :))) Eleganckie do bolu... Na tej ulicy byly takze sklepy delikatesowe dostarczajace dworowi zywnosc i wina. Jest tu dom aukcyjny Christie's, sa zaparkowane dlugie biale limuzyny ...
Idac dalej na polnocny wschod wyladowalysmy na Piccadilly Circus... i po prostu... przechodzac prez plac, weszlysmy w inny swiat ... totalna nagla zmiana scenerii ... dziesiatki teatrow, kin, restauracji, pubow... wszystko tetni zyciem, kolorowy tlum przelewa sie przez Trafalgar Square... neony teatrow i kin zapowiadaja kolejne spektakle i zachecaja do kupna biletow na dzisiejszy wieczor... Mijamy pomnik Chaplina na Leicester Square i znow zmiana scenografii - wszystko po chinsku, wietmansku, japonsku itd... Chinatown. Nagle wokol nas sami skosnoocy krzycza do siebie przez ulice...
Zanurzamy sie z ciekawoscia w Soho. Bylo juz dobrze po 18-stej, wiec kazdy pub zajety, przed kazdym dziesiatki wygarniturowanych facetow i wyszpilkowanych kobiet, z piwem w reku i papierosem w dloni. Zaskoczylo to nas tak, ze kilka z takich miejsc sfotografowalysmy (potem Sylwia nam powiedziala, ze przeciez w pubach palic nie wolno i nie ma klimy, a wieczor byl upalny). Ale i tak zadajemy sobie jedno pytanie - Ci ludzie (naprawde tlumy) musieli przyjsc prosto z pracy. A kiedy czas na dom? U nas jest to jednak niespotykane. Na pewno nie w takiej skali...
Znalazlysmy tez Poland Street, gdzie na jednym z rogow miesci sie Coach&Horses - pub bedacy mekka bohemy Soho od ponad 50 lat.
Soho ugoscilo nas tez tradycyjnym chips and fisch.
Brakuje takiej dzielnicy w Wawie lub w Gdansku. Atmosfera jest wspaniala, i niezobowiazujaca. Czuje sie rozbawienie i luz. Brak wyobcowania i dystansu. Nie ma agresji i uprzedzen. Tysiace pubow, restauracyjek z kazdym mozliwym istniejacym jedzeniem, gotowym zaspokoic wszystkie gusta. Estetyka rozna - od najbardziej nowoczesnego, sterylnego designu po miejsca przeniesione zywcem z Dickensa.
Spodziewalam sie tylko wiecej sklepikow awangardowych projektantow mody, vintage'u, tatuazu i piercingu, wiecej egzotyki (moze po prostu nie trafilysmy...). Tymczasem od strony polnocnej, Soho ograniczone jest Oxford Street, ktore swoja "zawartosc" jest uosobieniem konsumpcji i masowki. Wielkie sklepy Next, Gap, New Look, Dorothy Perkins, Marks&Spencer,H&M, Topshop  (tak olbrzymie, ze mozna sie zgubic). Raj dla zakupoholiczek, w dodatku akurat sa SALE i szal goraczki zakupow ogarnia wszystkich w promieniu 1 km. Ciuchy, buty, torebki, dodatki... tysiace, tysiace kolorow, wzorow... nic dziwnego, ze kazda laska jest tu inaczej ubrana...
Ciuchy podobne do tych ktore sa u nas, ale ta ilosc..... ilosc po prostu przytlacza.... kurcze i prawie wszedzie jezyk polski.....Ceny hmm po przecenach dopiero sa takie jak u nas. Ale ... tak Mamo !... kupilysmy sobie cos z Lidka... no przeciez !!!!
Zwloklysmy sie do domu o 21h - Bite 12 godzin lazenia....
Ide spac. Jutro : Covent Garden i Strand, Bloomsbury i Fitzrovia oraz Holborn i Inns of Court... co to dla nas :) No i chyba jakis clubbing wieczorem.... przeciez jestesmy w Londynie...
ps aha ... i wszystkie na czasie panienki chodza w kozakach do krotkich spodnic i spodenek... w taki upal... biedne ich stopy
ps2 dzieci - tesknie juz mocno, a zamowienie antkowe na slodycze i uline na buty zrealizuje na pewno :) Obiecuje !!!!
01:38, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 lipca 2006
36 godzin w Londynie
Przylecialysmy z Lida wczoraj.Przywital nas totalny upal. Bez zadnych problemow dotarlysmy do City, gdzie mialysmy sie spotkac z Sylwia. Wszystko fantastycznie logicznie zorganizowane... tak jak lubie ;)
Mieszkanie naszych przyjaciol jest przy stacji Limehouse, wiec dosyc blisko. Mozna powiedziec ze jest to mini loft. Drzwi wejsciowe duzego zaadaptowanego atelier wychodza na male podworko, odgrodzone od swiata potezna, wysoka brama. Jest sofa, grill i woz kempingowy.
Zostawilysmy bagaze i od razu zabrali nas do pubu na mecz Wlochy/Niemcy. Pierwsza kolejka piwa i potem druga...Sylwia, Adam, Michal... usilujacy znalezc swoje miejsce na ziemi, wybrali ten przystanek i daja sobie rade. Ja wciaz za malo mam odwagi, zeby przeciac pepowine z Polska i sprobowac innego zycia gdzie indziej... a moze to przez moje dzieci... choc to przede wszystkim dla nich chcialabym zyc gdzie indziej, godnie, z perspektywami... wciaz mam nadzieje, ze uda mi sie to w Wawie...
Rozmowy o Polsce, o tej rzeczywistosci, ktora zaczyna nas przerastac, o tym, ze ludziom brak nadziei, sily... ot, typowe rozmowy rodakow, ale takze o tym, co sie ostatnio dzieje w Warszawie i Gdansku, ze miasta i mlodzi kipia zyciem i ze boli, ze wszyscy wyjezdzaja, ze jestesmy obecni, ze chcemy cos zmienic, ze jest mnostwo tworczych ludzi... itd

A dzis, tj 05.07 - wyruszylysmy w miasto
Z przewodnikiem w reku, z wytyczonymi trasami, aby niczego nie ominac..., ale tez z zawadiacka elastycznosci, ktora pozwoli nam zobaczyc, to co nieprzewidziane...
 
Dzielnice : Holland Park, Kensington, South Kensington, Knightsbridge i Chelsea, czyli zaczynamy od grubej forsy ;)
Notatki zaczelam robic pod daszkiem przy wejsciu do Holland Park, gdy po prostu prozaicznie padalo... cieplo, ale jednak deszcz... dzieciaki dzielnie ze swoimi nianiami spieszyly gdzies na tenisa...
Weszlysmy z Lidka w las.. niby park,angielski styl, a przeciez gaszcz chaszczow, z tym , ze alejki wytyczone, czysto i ... wszystko opisane na drogowskazach... trudno sie zgubic i pomyslalam, ze trudno bedzie dzis o przypadek ;) ale na szczescie sie mylilam, ale o tym pozniej.
Park, jak park... piekny i odswiezajacy mysli, pelno dzieci, zakamarkow, no i trzy rzeczy, ktore nas kompletnie zdziwily : 1) w srodku parku - schronisko mlodziezowe z tanimi noclegami Holland House z 1605 (przetrwala niewielka czesc, ale wciaz robi wrazenie) ; 2) boisko do gry w petanque; 3) mnostwo romantycznych lawek z wygrawerowanymi napisami typu : "w imie wiecznej milosci Betty i Mike" lub "Na tej lawce wyznalismy sobie milosc. Sara i Thomas" itp Bardzo wzruszajace. Jest jeszcze jedna rzecz : toaleta dla psow - zrobilysmy zdjecie (zreszta jest fotek full, ale dopiero pozniej je wkleje)... zreszta podczas calego dnia, nie spotkalysmy ani jednego psiego gowna. Wrecz widzialysmy, jak wlasciciele czworonogow zbieraja je z chodnika ... chyba zaden komentarz nie jest potrzebny...
Skusilysmy sie tez na obejrzenie domu Leighton House, gdzie tenze wiktorianski malarz zamieszkiwal i gdzie zgromadzil pokazna kolekcje orientalnych kafli (piekne, nasycone barwa, turkusowe kafle z Syrii i Damaszku, mala fontanna i przepiekny dom). Ogolnie panoszyl sie wszedzie duch Wiktorii... jak rowniez wszechobecnych straznikow miejskich spisujacych kazdy zle zaparkowany woz marki BMW, VW, Jaguar, Mercedes...
Church Street i Church Walk, dwie przepiekne ulice z mnostwem malutkich sklepikow z bizuteria, wnetrzarskich i antykwariatow... i wtedy zdechl nam aparat.... wlasnie na tle realistycznie wymalowanek sciany imitujacej ciag sklepikow... wlasciwie to co zadziwia, to witryny tych sklepow. Sa bardzo zadbane i naprawde zachecaja by wejsc i poszperac... aha i co drugi to zaklad fryzjerski na jedno stanowisko... Wszystko niesamowicie kolorowe. Drayson Street, to stare wozownie i stajnie, dzis zamienone na garaze.... Jaguara. Oniemialam.
Powoli doszlysmy do Kensigton High Street i... wpadlysmy w masowke : GAP, ZARA, NEXT... i wszystko SALE... szczeka w dol, goraczkowe przeliczanie zawratosci portfela ....i po dokladnym przejrzeniu wieszakow... no coz prawie to co u nas i jednak taniej... zadnego szalu... aczkolwiek buty....
Ogrodow na dachu, czyli Kensington Roof Garden, nie dalo sie zobaczyc, bo... zarezerwowane na caly tydzien przez kogos tam...
Postanowilysmy przejsc sie do Nothing Hill, aby zobaczyc gdzie Julia pocalowala Granta. Spacer daleki i w ulewnym deszczu (znow), co niestety zapowiadalo rozczarowanie, ale ... takie niezupelne, bo wszakze sama ulica Nothing Hill jest przereklamowana, ale to co jest dookola, swietnie oddaje istote tego zakatka : biale, niskie kamienice w ciagu, z blekitnymi lub brazowyni drzwiami. [Domowo, spokojnie i uroczo. Brak jakichkolwiek bazgrolow na scianie, wszystko jakby dopiero co odnowione. Stylistyka taka zupelnie odpowiada moim oczekiwaniom, czyli centrum miasta, ale jakos tak swojsko. Nie umiem jeszcze okreslic, co mnie w tej zabudowie londynskiej, tej wiktorianskiej, tak pociaga... moze te wykusze, a moze te kilka stopni prowadzacych do drzwi. Biala lub czerwona cegla. Czysta. Donice z kwiatami w oknach i przy drzwiach.]
No i co obok Nothing Hill... no i lumpeksy... zwane "Retro", ale ceny jak w masowkach, ktore widzialysmy pare ulic na poludnie.
Zaburczalo w brzuchach, co sie zbieglo z kolejna ulewa, ktora nas powitala po wyjsciu z metra na stacji Kensington High Street, gdzie wrocilysmy po Nothing Hill. Pierwsza knajpa - chinszczyzna, coz typowe ... ale jedzenie w cenie normalnej (ok. 5 funtow) , porcja przyzwoita i sycaca, a sajgonki - paluchy lizac...
Deszcz przygasl, a my ruszylysmy dalej. Kensigton Palace, prawie caly oddany holdzie Dianie i Royal Albert Hall, na czesc ukochanego meza Wikunii. Obok gmaszyska z 1871 roku, gdzie 8000 osob moze ogladac spektakl lub mecz bokserski, stoi rownie ohydna co w Gdansku, ASP czyli Royal College of Art (1973 r). W Londynie tez zdarzaja sie pomylki.
Ogolnie dzielnica South Kensigton roi sie od studentow : Royal College of Music, Imperial College... Imponujace uczelnie kryjace kilka niekiedy wiekow wiedzy... sa tez muzea : Natural History Museum, Science Museum, gdzie zwiedzajacy sami przeprowadzaja eksperymenty a takze Victoria & Albert Museum, ilustrujace wzornictwo angielskie i sztuke dekoracyjna (jest wystawa 60's fashion, ale to jutro).
Czas na Chelsea - do tej pory chyba kojarzylo mi sie tylko z pilka nozna (aha ... latwo bylo dzis rozronic preferencje mundialowe niektorych Londynczykow, po wloskich flagach wywieszonych w oknach, nawet w eleganckich dzielnicach), a okazalo sie ze to taki troche paryski Montmartre -   w XIX w. z wioski na obrzezach miastach stal sie  ekstrawagancka dzielnica artystow, a pozniej w latach 60-80 XX w. wlasnie na King's Road narodzila sie moda punk. Byl takze czas, gdy byla to dzielnica rozpusty (XVIII w.). Teraz na King's Road dalej kroluja ciekawe butiki i sklepy offowych projektantow. Duzo sklepow designerskich, ale tez z masowka (znow GAP, FCUK itd). Dzielnica Chelsea byla ciachem na deser w dziejszym dniu... ale czeresienka, spelnieniem ukrytych marzen i niewatpliwie w ocenie niektorych,totalna moja plycizna,  byla wszakze uliczka Old Church Street... Idac spokojnie i podziwiajac tudorianska zabudowe, natknelam sie, zupelnym przypadkiem, na (chyba) jedyny sklep z butami Manolo Blanhika... weszlam i spedzilam tam 10 min. zbyt zawstydzona, aby przymierzyc jakakolwiek pare cudnych trzewikow (moje stopy po calodziennym chodzeniu i deszczach, byly... pozal sie Boze...) Zreszta sprzedawczyni i tak musiala podejrzewac, ze nic nie kupimy... nie mialam smialosci spytac o cene (potem sprawdzilam w necie ile kosztuja, no coz....) ale co widzialam, to moje... i nawet Lidka przyznala, ze te buty maja cos w sobie....
Wieczorem : mecz, pub, piwo.... jak zwykle :)
M.


01:31, madymail , Londyn
Link Dodaj komentarz »