adopt your own virtual pet!
Bo wszystko zaczelo sie od Londynu... i jakos tak dalej dobrze sie pisze. Codziennosc czasem zaskakuje i fajnie jest umiescic ja gdzies, na jakims rzeczywistym podkladzie... i rozwijac sie w kazdym kierunku, poznawac nowe mozliwosci ekspresji i wlaczac w nia bliskich i przypadkowych ludzi tez....
czwartek, 31 lipca 2008
Aktualizacja

 

Widzę po statystykach, że wiele osób wchodzi do mnie właśnie z londonstrip....

Wiem.... zamieszałam nieźle i w sferze blogowej i w sferze życiowej... ale już jestem na prostej :)

Wyjaśniam zdezorientowanym, że po dwóch miesiącach burzliwej i zagadkowej pisaniny na :

www.montmartre.blox.pl

zadomowiłam się ostatnio na   :           

www.cocorico.blox.pl

I na razie tam zostaję :)

15:31, madymail
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 czerwca 2008
poniedziałek, 16 czerwca 2008
Przelotem

Nową nazwę już mam... została jednogłośnie przegłosowana :)

Wiem już też skąd napiszę pierwszą notkę....

Teraz pozostaje mi znaleźć odpowiedni szablon

Zdecydowanie w tendencji Art Deco :)

Trochę już tęsknię za pisaniem...

Bisouxxx

poniedziałek, 09 czerwca 2008
A jednak koniec

Nektarynki w koszyku stojącym na stoliku obok pachną tak blogo, że aż chce się zatopić zęby w ich miąszu. I utrwalić sobie smak lata, które nadchodzi wielkimi krokami. Ten słodki zapach doskonale oddaje nastrój, który mnie ogarnął od kilku dni. Stąpam kilka centrymetrów nad ziemią, zupełnie, beztrosko szczęśliwa. Takiej lekkości nie czułam już od dawna. Aż grzesznie o tym pisać.

W słuchawkach miauczący głos tego, który mi towarzyszy od kilku miesięcy. Przed oczami kolejne tłumaczenie do zrobienia na wczoraj. Ale tym razem słowa odnajdują się same, a nie błądzą wśród lęków, wśrod tysiąca pytań, wśród niepewności... Teraz droga wydaje się taka prosta...

Całe moje ciało, moja psychika wołała tak bardzo o chwilę wytchnienia. Dopiero teraz to odczuwam. I poddaje się temu, tak ulegle.

Week-end niespodziewanie, całkowicie niezaplanowany. W piątek - spacer i kawa na Nowym Swiecie... przy okazji zmyta głowa za moją euforię... ale co tam... Żyjmy chwilą !!!! W sobotę - dzieci wysłane na kinder bal na działce, a ja.... caly dzień przegadany z niezmordowanymi babkami na tematy ważne i nieważne. Miałam wpaść tylko na chwilę, a zostałam ponad 8 godzin... przy różowym winie z lodem i pyszną tartą szpinakową...(znów chce mi się jeść i pewno szybko nadrobię te 6 kilo stracone z nerwów).... powrót wieczorną pora na rowerze. Potem pogaduchy z rodzinnymi gośćmi z GD, ktorzy przyjechali na koncert Dylana. Niedziela pod znakiem poszukiwań całkiem niepotrzebnych butów, będących obiecaną nagrodą za prawko. Są przepiękne i fantastycznie niewygodnie seksowne.

Tak miło godzić się z życiem. Z samą sobą.

To koniec pewnego etapu w moim życiu. Jakoś podskórnie wiedziałam, że praca nad zdobyciem prawa jazdy będzie dla mnie czymś bardziej znaczącym, niż ten kawalek plastiku dający mi uprawnienia do jazdy po ulicy. Nie wiedziałam tylko, że będzie to aż taka prawdziwa terapia. To śmiesznie brzmi, nawet dla mnie samej. Na pewno trochę wyolbrzymiam, ale zawsze lubiłam zamykać swoje życie w "etapach"... w takich ramach...Przecież jestem maniaczką nadorganizacji...

To koniec LONDONSTRIP.... Podróż rozpoczęta w lipcu roku 2006 dobiegła końca... Czas na nowy etap... Osiągnęłam pewien cel. Teraz muszę wyznaczyć sobie nowy. Nowe marzenie do spełnienia. Moje marzenie. TYLKO MOJE. Jeszcze nie wiem jakie. Muszę się zastanowić. Muszę podjąć pewne decyzje. Bo już nie jestem tą kobietą z Londonstrip.

To także koniec pierwszego szkolnego roku Antka, w czasie którego stał się małym mężczyzną znającym znaczenie słowa odpowiedzialność. To koniec pierwszego roku przedszkolnego Uli, w czasie którego narodziła się pelna uroku i siły mała kokietka, która wszystkim da do wiwatu w najbliższych latach.

Będzie nowy blog. O innej nazwie. Bo chcę nadal "kronikować" życie moich dzieci. Bo chcę dalej mieć tę przestrzeń, którą Londonstrip mi nieoczekiwanie podarował. Bo chcę mieć kontakt ze wszystkimi blogowymi znajomościami, które się przez te dwa lata narodziły. Bo lubię i potrzebuję pisać.

Dajcie mi czas, aby się zastanowić nad nową nazwą, nad nowym szablonem. Dajcie mi czas, taki tylko dla mnie. Będzie burza mózgów. Aż znajdę najlepsze odnośniki, skojarzenia. Może to nastąpi jutro, może za kilka dni. Może dopiero gdy wypuszczę dzieci na wakacje. I gdy czas stanie się fantastycznie rozciągliwy.

Ja tu będę nadal. Jestem. Nie znikam. Przepoczwarzam się. Zawijam na chwilę w kokon. Na krotką chwilkę. I odrodzę się....

A nektarynki wciąż pachną. Aż nieprzyzwoicie.

czwartek, 05 czerwca 2008
KONIEC

I na tym kończę wpisy pod hasłem "Auto-Mada".....

Dziś 5 czerwca 2008 o godzinie 20h55 ... usłyszałam upragnione "Gratuluję zdanego egzaminu na prawo jazdy"

W czerwcu zeszłego roku zdecydowałam się, że już czas zmierzyć się z moich największym strachem.... zdecydowałam, że teraz, albo już nigdy.... że czas uwolnić się.... po 11 miesiącach naprawdę ciężkiej pracy.... przygotowań... po ponad 100 godzinach jazdy.... MAM GO !!!!

Choć nie było idealnie, choć zwątpiłam w siebie (znów na górce - cholerna górka), choć noga lewa latała mi jak opętana.... trafiłam na wyrozumiałego egzaminatora, któremu spodobały się moje kolczyki (od dziś będą moim talizmanem ;)))), który widział, że te błędy to po prostu nerwy... kazał mi wyjść... dwa razy obejść samochód... zrobic trzy przysiady... i pojechać... potem już było ok... spokojnie... pewnie... choć usłyszałam, że jestem szałaput i nerwus... I że mam zapamiętać na co zwrócił uwagę...

Najważniejsze, że mam to już za sobą... i tak naprawdę dopiero teraz zacznie się prawdziwy egzamin ....

Właśnie rozpoczęłam wakacje....

Ten wpis zasługuje na kolor zielony :)

czwartek, 29 maja 2008
Taka surprise niesamowita

Po pierwsze : Tata jest silnym facetem i tak łatwo się nie da. Głos miał dobry (parę razy sprawdzałam;)) I nawet na smsy odpowiada !!! Będzie dobrze :) Zostanie w szpitalu do końca tygodnia a potem to sobie spokojnie wydobrzeje w kojących ramionach Mamy. Myślę, że zajedziemy, w któryś week-end czerwca :)

Po drugie : Mada szaleje za kółkiem na ulicach stolicy. Byłam bardzo zdenerwowana, nawet Kolega Instruktor spytał się czy na pewno chcę jechać, ale ja twardo : Jadę ! Przecież zdenerwowana też będę jeździła, więc muszę nauczyć się pokonywac strach. I poszło doskonale.... Zostałam pochwalona, że robię takie małe błędy (no cóż... przejeżdżam na pomarańczowym)... Ale jeżdżę pewnie i .... niesamowite... ale po prostu w pewnej chwili tak się rozluźniłam, gadałam non stop i wszystko robiłam automatycznie - ruszanie, zmiana biegów, redukcja, skręty w prawo, w lewo.... jeszcze tylko małe przypomnienie na placu... trochę parkowania... pojeżdżę na Bemowie i ... w next czwartek... jadę zdawać...;)

Po trzecie : wzruszający występ Ulci na Dzień Matki... nie szkodzi, że tekst znałam na pamięć... mokre me oczęta się zrobiły !!! Piekne serce z cudownym tekstem : Kochana Mamo, kiedy przytulam się do Ciebie, to jest mi cieplej niż słońcu na niebie, więc nie wypuszczaj mnie ze swych ramion, kocham Cię bardzo Moja Mamo !!!! chlip, chlip...

Po czwarte : Odprowadziłam dziś Antka (bo w tym tygodniu zamiast podwózki autem, codziennie jeździliśmy autobusem do przedszkola, potem moja praca - tam Antek kończył odrabiać lekcje - potem... syn sam szedł do szkoły !!!) do szkoły... Tam chciałam mu dać buziaka, a on do mnie : No weź Mama... nie rób mi kichy....

Po piąte : Dostałam maila :) o treści :

Pani Magdaleno
serdecznie dziekujemy za udzial w konkursie : "Ma carte postale francophone"
otrzymala Pani nagrode "Prix texte"
serdecznie zapraszamy do ksiegarni
 po odbior nagrody
pozdrawiam serdecznie
XXXXXX

Ksiegarnia francuska - Librairie francaise MARJANNA

I oprócz nauczenia się prowadzenia samochodu, to mój nasłodszy sukces w tym roku !!!

I po szóste : Wszystkim Magdalenom, życzę cudownych chwil pełnych niespodzianek, odporności na sceptycyzm, wiary w słuszność swych decyzji, wsparcia ze strony bliższych i dalszych, dalekowzroczności w skokach przez przeszkody ... no i w ogóle... Przytulam...

wtorek, 27 maja 2008
Za dużo

Ile razy to się mówi, że jeden telefon / sms może wszystko zmienić...

Tata w szpitalu. Koronografia. Udało się. Do zawału nie doszło.

Wszystko dobrze się skończyło.

Ja przez cały dzień jak przez mgłę. Szybko przeszedł, bo dwa dni przed mega ważnym kongresem, zapinam wszystko na ostatni guzik. Szał telefonów i ustaleń. Jak dobrze, bo pomogło mi to przetrwać ten dzień.

Niestety zaraz ma jazdy. Ostatni raz siedziałam za kółkiem ponad miesiąc temu. A czuję jak mi napięcie puszcza i co rusz zalewam się łzami. Denerwuje się bardzo. Tatą, jazdami, egzaminem za 1,5 tyg., kongresem....

Za dużo tego jak na raz... za dużo...

A ja najchętniej wsiadłabym w samochód i pojechała do Taty ....

poniedziałek, 26 maja 2008
Zuchowe opowieści tylko dla Wybranych

Zuch wrócił. Zobaczyłam go już z daleka. Grał w piłkę z kolegami na placu zabaw. Pomachałam mu, spodziewając się, że przybiegnie stęskniony i wyściska mamę.... ale on tylko ... odmachnął mi... YYYYHHH ?

Podszedł potem, gdy siedziałam na ławce.

"Cześć Mamo... jak tam ?"

"Ok Synku... Nie uściskasz mnie ?"

"No mogę jasne..."

No dobra.

Gdy potem zmusiłam go, żeby na chwilę usiadł i opowiedział mi po kolei co tam było, jak zdobył sprawność, jaka pogoda, jakie jedzenie... to zaczął coś tam opowiadać, po czym stwierdził... "A mogę Ci resztę opowiedzieć później w domu ?"

No dobra.

W domu - lekcje, kolacja, kłótnie z siostrą (a jak ! Istny powrót Diablicy !), opowieści telefoniczne dla Dziadków i Cioci....

I w ten sposób, jaka jedyna z rodziny, jeszcze nie wiem, co tam właściwie się działo na tym zlocie. No tylko to, że drużynowy był królem Ryszardem i musieli go odbijać... Pewno będę się dowiadywała po kawałeczku.

ps. no nie jedyna... bo ojciec zucha też jeszcze nic nie wie ;) he, he, he !!!!

niedziela, 25 maja 2008
Zeby kózka nie skakała...

to by nosa sobie nie rozkwasiła...

Moja kózka-akrobatka od kilku dni ćwiczy skakanie na skakance... Ponieważ te, które posiada są stanowczo za długie, to wzięła sobie pasek od szlafroka taty... i udało się....

Choć bywa groźnie, szczególnie gdy się tyle uczucia w to wkłada, a na stopach ma się skarpetki... no i wyszedł jej przeskok... zakończony totalnym glebnięciem z impetem w parkiet... nosem i czołem...

Ryk na całe gardło, ja szybko do zamrażarki, wyciągnęłam pierwsze co mi się nawinęło pod rękę czyli paluszek krabowy... i przytknęłam do noska... spodziewałam się fali krwi... ale nic, ani kropelki... stąd wiem, że więcej strachu niż szkody... choć omacałam nosek ze wszystkich stron... Zaraz potem zdjęła te felerne skarpety i skakała dalej...

Potem tylko zauważyłam, że wspaniała śliwa zaczyna jej wykwitać na czole...

Najgorsze, że nie mogłam powstrzymać śmiechu, bo to naprawdę komicznie wyglądało... ale uff... nic się nie stało... uff ... moja kózka...

Antek wrócił ze zlotu. Spi u Babci. Na razie wiem tyle, że zdobył sprawność ROBIN HOODA :)))) Jutro czeka mnie relacja...

Choć nie wiem, czy tak szczegółowo, jak ta, którą zdał Ulce przez telefon... gadali i gadali... jak nastolatkowie.... No tak... Matka dowiaduje się ostatnia :)

O tym co dziewczyny robią gdy jest awaria prądu

Choć warto zacząć od początku.

Zostałyśmy same. Ja i Ula. Jeden facet wyjechał w czwartek i wraca za tydzień. Drugi wyjechał na zlot zuchowy w piątek i zobaczymy go dopiero w poniedziałek.

Fajnie nam jest we dwójkę. Spokojnie i cicho. Ulka zachowuje się wspaniale. Nie ma śladu po jędzy, która potrafi dosadnie zakląć i na pytania odpowiada bezczelnie :"No i z tego"... Jest miła, grzeczna, posłuszna. Dobrze je i wspaniale śpi. Zasypia spokojnie po 20-stej (czyli tak jak powinno dziecko w jej wieku, a nie o 22-iej) i wstaje po 12 godzinach nieprzerwanego snu. Nie pyskuje.... cudowna odmiana... O czym to świadczy ? O tym, że brat ma zły wpływ ? Nie sądzę... Po prostu, że jest spragniona uwagi... że ciężko się nią dzielić z kimś... że dobrze czasem pobyć jedynaczką... Musimy częściej fundować dzieciakom zajęcia w podgrupach :))) Antek też mniej psoci gdy jest sam... taki urok moich diablątek :)))) Jak są razem to są nie wciąż się kłócą, jak osobno, to tęsknią do siebie po paru chwilach..... Tak to już jest... nie ma tu mowy o żadnych błędach, nie ma co z tym walczyć... to naturalny etap dorastania "społecznego" ... nasza rola, to po prostu uważnie obserwować, otaczać opieką, nakierowywać, dotrzymywać słowa, kochać (ale nie być nadopiekuńczym, bo to już mogłoby być błędem) i dużo, dużo rozmawiać....

W piątek miałam iść na tańce, ale jeden telefon zmienił cały misternie ułożony plan... nie szkodzi... nadgoniłam tłumaczenia i wstałam dziś rano świeżutka jak skowronek...

Jedyna niespodzianka dziś, to awaria prądu na dzielnicy... gdzieś w okolicach 20-stej... No więc co robią kobiety gdy nie ma prądu... biorą kąpiel ze świecami... taką z pianą... ciepła woda... piękne światło... potem smarowanie się olejkami...

Po godzinie wciąż światła nie było, więc uskuteczniłyśmy czytanie z latarką-świnką... no i co ? No co ... no spać :) Mleczko podgrzane na gazie, a nie z mikro... po 5 minutach i ośpiewanej kołysance, Ulcia już spała...

A ja... zabrałam świeczkę... kocyk, poduszkę i... książkę... rozłożyłam to wszystko na kanapie... i w momencie gdy kładam głowę na poduszkę... ciesząc się z tej wymuszonej przez okoliczności chwili dla ukulturalnienia (nawet to jeśli było tylko romansidło))...  eks-stoen naprawił awarię !!!!!

O żesz Ty... kurka wodna... no !!!!

No i siedzę znów od paru godzin przy kompie, skacząc pomiędzy wersami z mojegp raportu o szczycie energetycznym, kolejnych szaleństwach ostatniego dyktatora, replikami ze św. Mikołaja, który okaże się być śmieciem (lub szmatą - jeszcze nie zdecydowałam co lepiej brzmi) i kolejną przygodą z Lwem....

środa, 21 maja 2008
Huczna noc

Właściwie nie wiem od czego zacząć. Od poniedziałku polepszyło się (tak, tak... Beaviz :))), nawet dziś usłyszałam pochwałę od Generała :)) A nie ma to jak dobra motywacja :) Taka malutka marchewka :) Następne 10 dni będą ciężkie, bo dużo spraw przede mną zawodowych i rodzinnych, trzeba wszystko zgrać... to trochę przeraża, ale hummm... mam już przygotowany grafik, prawie co do godziny... Dziadkowie pomogą :) No i na szczęście nastąpił Zlot Zuchowy... Cóż mężczyźni mi wybywają z domu :) Ale o tym przy innej okazji...

W każdym razie przygotowania do kongresu w Mikołajkach trwają pełną parą.. praktycznie na półmetku...

A dziś ? wspomnienia z cudownej Nocy Muzeów, które zapowiadałam... Świetna inicjatywa, a w Wawie ponad 120 propozycji... humm cięzko wybrać, bo przecież nie przetrwają do 1 w nocy ;)... Spośród propozycji, które wytypowałam, wygrały trzy : wojsko, ognie i prehistoria...

Najpierw byliśmy w Dowództwie Wojsk Lądowych... Była XIX-wieczna kuźna polowa i punkt medyczny (fascynujący), ale reszcie najbardziej podobały się wystrzały - zaliczyliśmy dwie salwy z armaty polowej (repliki z kampanii napoleońskiej), jeden STRASZNIE GŁOŚNY z moździerza (XIX w.) i salwy z pięcioosobowej formacji piechoty (też z epoki).... Sporo ludzi, ale bez tłoku... sami zapaleńcy... Pani Doktor opowiadała bardzo ciekawie jak to wtedy wykonywano amputacje i inne zabiegi, pokazywała jak odkażano narzedzia itd.... No i można było włazić wszedzie, na każdy sprzęt, wszystkiego dotykać... Suuuuperrr Mamoooo !!!!!

Obiecaliśmy tez dzieciom tańce z ogniem na Starówce i tu po prostu brak słów, aby to opisać... piękne widowisko :))) Po drodze mała pizza w Ufo, bo brzuszki głodne :)

Miał być jeszcze Czas Mamuta, ale... hummmm nie dojechaliśmy.... czas do domu...

Zdjęcia z tej bardzo hucznej nocy, na blogu foto .... www.fotymady.blox.pl

I jako bonus... ilustracja urodzin Sonii, które odbyły się tego samego dnia... z niespodzianką w postaci Gwiezdnych Wojen (tak żeby nie odbiegac od tematu :)))

poniedziałek, 19 maja 2008
Cudowny poranny poniedziałek

Nie ma to jak dobrze zacząć tydzień...

Mała zjebka w pracy po przekroczeniu progu jeszcze nikomu nie zaszkodziła przecież... a co !!!!

Dobrze, że już wodę ciepłą mam. Chociaż tyle.

Miłego dnia :)

Wpis do kroniki

Miał być opis naszej rodzinnej Nocy Muzeów, ale nie dam już rady dziś... Ogólnie dłuugi week-end... a ja się zatłumaczyłam, wiec po prostu padam na pysk :)

Więc dziś sofcik... tylko zdjęcie wpisu naszego Zucha Antka... do kroniki zuchowej :) No i okazuje się, że w długo week-end jedzie na swój pierwszy zlot zuchowy... na trzy dni... ze spiworem i td... Wow... pękamy z dumy !!!! Akurat dobrze się składa, bo Raf wyjeżdża znów, a ja została bym sama z dziećmi, kongresem i jazdami, które powinnam znów zacząc przed egzaminem... za dużo tego... jestem lekko przerażona czy dam radę... cóż... zobaczy się...

A oto wpis jaki mój syn popełnił z pomocą Dziadka Romanka...

A Noc Muzeów była cudowna... Dowództwa Wojsk Lądowych i tańce z ogniem na Starówce... do Muzeum Geologii, na Czas Mamuta już nie dojechaliśmy, bo Maluchy ... humm zasnęły... wkrótce zdjęcia :)

piątek, 16 maja 2008
#$#@%^&*^%!!!!

Konsekwencje braku ciepłej wody z powodu wymiany rur dopadły mnie rano...

I fakt, że nie mogłam, jak co rano, wziąć orzewiającej, ciepłej kąpieli i zmyć resztki snu.. odczuła dziś cała moja rodzina...

Właśnie zdałam sobie sprawę, że te 20 min. spędzone w łazience, jedynym miejscu w tym cholernym mieszkaniu, w którym mogę być sama i nie słyszeć tych ciągłych kłótni bachorów, jęków gówniary i skarżenia młodego, są mi po prostu NIEZBĘDNE, aby zacząć funkcjonować i naładować się cierpliwością na resztę dnia.... aby pełknąć te wszystkie negatywne myśli, zamydlić strach, który się kłębi...

Gdy potem wychodzę czysta, pachnąca, świeża, wiem, że dam radę dotrwać do końca dnia...

Teraz czuję sie brudna, klejąca, nie moge się dobudzić i mam parszywy, ohydny i bardzo złośliwy humor.... a gdy mam taki nastrój, to stwarzanie pozorów mi nie wychodzi i wygarniam wszystko.... i wyciągam na wierzch te stłamszone pretensje i żale....

Czasem tak jest.... ale przynajmniej po raz pierwszy Antek, przerażony pewno moją furią poranną, gdy krzyknełam "MILCZ", sam z siebie sprzątnał i zmył po sobie talerzyk po śniadaniu... nie ma to jak steroryzować :)

Wiem... krzyczenie nie jest żadnym rozwiązaniem, raczej oznaką słabości, ale przecież ja też jestem tylko człwwiekiem i mogę mieć gorszy dzień.... i nic się dzieciom nie stanie, jeśli raz na jakiś czas pokażę, że też potrafię być jęczec, drzeć się i kłócić....

A ponieważ biuro mam w cudownym 150 metrowym mieszkaniu w pieknej kamienicy w Srodmieściu, z pelnym wyposażeniem, więc po prostu zaraz pójdę wziąć kąpiel !!!!

środa, 14 maja 2008
Córka

No bo KOCHAM mojego syna nad życie, ale....

nie umiem dzielić jego pasji związanej obecnie ze strzelaniem, Gwiezdnymi, dinozaurami... oczywiście słucham go jak opowiada o robotach, które wymyślił i o tym, jak ma pomysł na nowy statek kosmiczno-plazmowy z generatorami przestrzeni.. albo o tym jak ważny był tem gol, który strzelił drużynie druhów... slucham, ale nie umiem tak sie wciągnać jak bym chciała...

A z córcią ? No cóż... wczoraj umówiłam nas u fryzjera.. trzeba było ściąć grzywkę... prosta sprawa, ale jaka przyjemność... Ula czuje się w salonie jak syrenka w wodzie... siedziałysmy sobie przeglądając kolorowe magazyny i dyskutująć (naprawdę) co nam się podoba a co nie... Ula ma dość zdecydowany gust :) Szczególnie jeśli chodzi o buty... Potrafi zagadac o wysokości obcasa i o kolorze... od razu dopasowuje to do swojej garderoby...

Wracając z przedszkola wczoraj, rozmawiałyśmy o chłopakach (a czemu chłopaki pokazują mi język ? A czemu Adrian woli bawic się z Marcelem, skoro ja kazę mu się bawić na zjeżdżalni ?), o dzieciach (czy małe gepardy tez potzrebuja rodziców? Czy małe kaczuszki od razu pływają? ) i spinkach do włosów (czy lepiej spiąć grzywkę czy lepiej zapuścić?)....

Co ja poradzę na to, że lepiej odpowiadam na pytanie Ulci typu : czy mogę założyć fioletowy diadem jeśli mam pomarańczową sukienkę? niż na pytanie Antka : czy wyrzutnia plazmowa będzie bardziej skuteczna niż zespolenie neonowe (kurde nawet nie wiem co to znaczy !!!!!????) .....

Czy ja jestem tendencyjna ????? Czy ugruntowuję stereotypy ?

Obiecałam sobie kiedyś (dawno temu, w epoce przed Ulką), że nie będę ubierała Córci na różowo...ale ONA SAMA tylko taki kolor akcepuje... czy można coś na to poradzić ????

Psika się perfumami (dzieicęce z Yves Rocher) przed wyjściem do przedszkola, dziś 10 minutowa awantura o kapelusz... o czasu do czasu wystawia paznokcie do pomalowania.... i częściej sobie "błyszczy" usta niż ja....

Kobieca na 100 %

na 110%

Kokieta, która już teraz poznała sekret manipulacji ... nawet ja się "nabieram"... nawet jeśli to w pełni świadome... ale nie mogę/nie chcę teo zwalczać....

Moja córcia Ula... Wymarzona, upragniona... JEJ.... żebyście ją widzieli chwalącą się nową grzywką..... 

niedziela, 11 maja 2008
Woda

W końcu pojawiła się motywacja, aby pójśc na basen.... tak długo odwlekane wyjście... głównie z powodu chorób i pogody...

Dzieci już od dawna tak prosiły... moje plecy też... coraz bardziej zesztywniałe, każde ich napięcie graniczyło prowadziło do kolejnego skurczu...

Poszliśmy na nasz ulubiony basen... taki kameralny, gdzie nie trzeba się spieszyć w szatni, bo płaci się za faktyczny czas spędzony w wodzie, a nie za całość przebywania na obiekcie... Ci co mają małe dzieci i długie włosy, wiedzą o czym mówię :)

Cudowny moment kiedy zanurzyłam ciało w zimnej wodzie... przepłynęłam kilka długości... poczułam jak odpuszcza napięcie zgromadzone w okolicach karku, krzyża... i jak bardzo tęskniłam za tym wysiłkiem... wrócę wkrótce... jestem to winna swemu ciału i zdrowiu :))))

A dzieci ? Przeszczęśliwe.... i większość czasu spędzały na "dużym" basenie a nie na zjeżdżalni... Antek z deską starał się pływać... i cały czas na dużej głębokości... musimy koniecznie wziąć się na ostro za naukę pływania... Ulka zadziwiła mnie... żadnego strachu przed wodą... na tzw. makaronie utrzymywała się samusieńka !!!! Jestem bardzo dumna z obojga ! Marzą o maskach i płetwach... zbliża się Dzień Dziecka :))))

W niedzielę powtórka... z Babcią :) Ja siedzę przed kompem... cóż tłumaczenie :) A Raf... no cóż... przysyła mi wspaniałe zdjęcia z Chorwacji... I wciaż tylko smsy pełne zachwytu !!! "Koniecznie musisz to zobaczyć !" ... zabiorę Cię tu... I tylko 1h30 promem do Wenecji ... Czyżby Mazury poszły w odstawkę ??? Dla mnie bomba :)

czwartek, 08 maja 2008
Alkoholistyzm

We francuskim Cosmo (no co ? przecież mówiłam, że czytam aby odświeżać język i być na bieżąco ;))) przeczytałam niedawno fantastyczny artykuł na temat robienia list różnego typu. Taki tekst z przymrużeniem oka, zabawny i dobrze charakteryzujący zjawisko. Dziennikarka spotykała się z różnymi osobami płci obojga i przeprowadziła śledztwo na temat robionych przez nich list.

Tak więc, Angela nosi przy sobie listę rozmiarów swoich dzieci, listę ich alergii, listę ich ulubionych opiekunek, listę ubranek dla lalek, które trzeba kupić oraz listę różnych odnośników do sprzętu domowego (typ worka do odkurzacza, filtru do wody, rodzaj żarówek, typ tonera do drukarki itd)

Choć na koniec Angela przyznała się też, że ma listę różnych zdrobnień i czułostek, jaką ją mężczyźni odbarzyli. Naima z kolei nie moze się obyć bez codziennego sporządzenia listy 5 fajnych rzeczy, które jej się przytrafiły w ciagu dnia. Sophia, mściwie redaguje Czarną Listę, na której są nie tylko faceci którzy ją skrzywdzili, ale także klientki (jest fryzjerką), które ją zdraziły dla innego salonu. Eleonora podchodzi bardzo osobiście do tematu i pisze listę swoich mocnych puntków, podobnie jak Kiera, tylko nazywa ja listą rzeczy, które w sobie kocha. Dorota, gdy ma kryzys, wyjmuje z torebki listę rzeczy, które jej sprawiają przyjemność gdy miała okropny dzień, czyli wybierana na przykład kieliszek wina i Sinatrę albo masaż albo wieczór z dr House'em... itd.itd...niektóre z list były bardzo intymne :)

Ja też robię listy. Są listy domowe czyli Lista Zakupów (głównie dla męża, której on się trzyma zapamiętale, bez żadnych ustępstw i nie kupi mi żadnego słodycza, jeśli go na liście nie ma :). Na poczatku miesiąca : Lista Wydatków Mieszkaniowo-Kredytowo-Bankowych i innych (bardzo tej listy nie lubię, ale wykreślanie z niej kolejnych pozycji sprawia mi radość, że uff, już zapłacone). Są listy okolicznościowe czyli Lista Wyjazdowa ciuchów wakacyjnych dzieci (normalka), albo Lista Prezentów pod choinkę (normalka bis). Są listy kuchenne czyli Menu gdy goście są spraszani lub Lista Przepisów, które Muszę Wypróbować, moja absolutnie ulubiona. Są listy ulotne, bo wciaż gdzieś się zawieruszają i muszę je na nowo tworzyć czyli Lista Filmów, które chcę zobaczyć i Lista Książek, które chcę przeczytać. Mam też bardzo ciążącą listę : Lista Długów czyli tego co ja musze oddać i co mi muszą oddać - tej listy pozbędę się z przyjemnością. I na koniec przytoczę najobszerniejszą i najbardziej zmieniającą się spośród list - Lista Pracowa czyli spraw, którę muszę załatwić, pamiętać, uregulować, telefonów do wykonania.... codzienność zawodowa... mając dwie firmy na głowie, ciężko byłoby mi spamiętać co mam zrobić, kiedy oddzwonić, kiedy mija termin, i jaki dokument zeskanować... Ta lista zmienia się najszybciej, codziennie przybiera inną postać, jest przekreślana, bazgrolona, spisywana na nowo.... żyje swoim życiem.... nadaje bieg mojej pracy i właśnie wykreślając z niej kolejne punkty, widzę pierwszy efekt pracy... takich kartek tworzę co dzień kilka... cała ściana na przeciw mojego biurka jest obwieszona listami : pracowników w delegacji, dokumentów, których mi brakuje, numery konta, data upływu badań lekarskich itd.... Aby nie być gołosłowną, zeskanowałam moją wtorkową listę (jest dość neutralna, więc mogę ją ujawnić :))))

Nie mam listy marzeń do spełnienia, zadań życiowych do wykonania, miejsc, które chciałabym zobaczyć itp. Te tak mocno tkwią we mnie, że nie muszę ich nigdzie spisywać, bo na pewno nigdy nie zapomnę.... i wykreślać będę ;)

poniedziałek, 05 maja 2008
Zadowoleni

Zdecydowanie nowa kanapa i fotel zrobią furorę :) Nasi goście nie będą się już zapadać na gąbczasto-steropianowej sofie i nie będzie już walki o fotel...

Ja nie będę już przeżywała stresów "perfekcyjnej pani domu" (humm, humm), gdy próbowałam bezskutecznie doprać trochę tę sofę... te wiecznie zsuwające się narzuty !!! uff ... basta i finito...

Gdy proponowałam gościom nocleg, to zawsze dodawałam, że warunki są raczej siermiężne...  a teraz ? Po prostu luksus :))) I jakoś więcej miejsca się zrobiło ... fotel nie zajmuje już pół pokoju...

Dziś wieczorem wywieźli stare meble do chłopaków moich z pracy, do hotelu... będą im służyły :) Dzieci dodały, empatycznie, że będą trochę tęsknić ...

Ja za fotelem też... nasz pierwszy fotel... 99 rok... na nowe mieszkanie... dobrze się w nim karmiło dzieci... a one bezpiecznie usypiały w nim... taki przepastny i bezpieczny... i tak wspaniale się w nim tłumaczyło do późnych godzin nocnych... i przysypiało...

Wiem, że bez sensu to wszystko przeżywam, ale przecież to trochę tak jak zamknięcie pewnej epoki, która pieczętuje zdanie : " póki dzieci nie podrosną"... zakup nowych mebli, to w pewnym sensie pogodzenie się, że to już nie niemowlęta kręcą się po domu, że nasze życie rodzinne wkracza w inny okres... nowe meble, może jakby poważniejsze, bez prowizorki.... trochę też już na inne mieszkanie... jako "część" zestawu do olbrzymiego salonu, albo pokoju dla gości...

Ach te marzenia !!!!!!  

Ostatni dzień Majówki

Dziś bez komentarzy... same zdjęcia.... z wesela wróciliśmy o świcie, więc nie ma po prostu siły na składanie zdań ( a wesele ?  full wypas w Sobieskim, świetne żarcie, dobra muzyka.... wytańczyliśmy się :))

Fajne cztery dni z dziecmi i spokojem.....

sobota, 03 maja 2008
Pospolite ruszenie...

A gdzie ? No jak to ?

Do ikei :) Bo Ci którzy nie wyjechali, spotkali się dziś właśnie w Ikei ! Takiego tłumu chyba nigdy nie widziałam !!!!! I my wśród nich ... A dlaczego ?

Bo dziś były 15 % zniżki na sofy itp. !!!

To na czym siadaliśmy do tej pory, to była totalna porażka... kupiona jak Antoś miał gdzieś jakieś 2 latka... najtańsza... ale że wiedzieliśmy, że pojawi się drugie (czyli jak się okazało .. Ula), to ilość plam po jogurcikach, soczkach, kanapeczkach, kaszkach...będzie przekraczała ludzkie pojęcie, to kupilismy najtańszą możliwą... aby ją po czasie po prostu wyrzucić ! Była to potwornie niewygodna sofa rozkładana... wiedzieliśmy, że jak dzieci podrosną, to kupimy  coś nowego...

ten dzień nastąpił dziś.... bo ta znizka była nader kusząca...

I już właśnie piszę już z nowego fotela...

Są czekalodowo-brązowe... fotel i rozkładana sofa... skóro-podobne. (bo łatwiej będzie zetrzeć z nich jogurcik !)... wypasione... całkowicie na raty kredytowe na rok... ale już dziś dotarczone...

Praktyczne, efektowne, mniamuśne.... ale...my przyzwyczaić się nie możemy... tamte... poplamione, zapadające się, takie już wyrobione pod nasze tyłki... trochę tęsknimy... snif.....

a swoją drogą... powiem o kredycie, bo to dość niesamowite....  nie stać nas na zakup całości.. więc kredyt.. trochę na gębę... w 15 min. bez zaświadczen o zarobkach, 0 wpłaty własnej... wystarczyły dwa dokumenty... i mamy kanapę i fotel... takie to teraz proste... od razu, bez tony dokumentów.... i siedzę na fotelu, który w zasadzie jeszcze nie mój....

nasi goście będą zadowoleni, bo ta sofa o niebo wygodniejsza....

Tylko my się musimy przyzwyczaić....

czwartek, 01 maja 2008
Majówka

Warszawa cudownie pusta... I o dziwo słoneczna, wbrew zapowiedziom...

Nadrabiania spotkań ciąg dalszy...

Nasza "stara" grupa ze szkoły rodzenia :) Poznalismy się dokładnie 8 lat temu, przy pierwszych ciążach ... od razu złapaliśmy kontakt i od tego czasu go utrzymujemy. Nasze dzieci dzieli tylko kilka dni różnicy, w niektórych przypadkach kilka godzin. Tworzyliśmy naprawdę zgraną grupę... Jak to Aga powiedziała dziś : taka przyjaźń na całe lata... I nie szkodzi, że ostatnio były tylko spotkania raz na rok, na dwa lata... bo nowe prace, nowe dzieci, nowe mieszkania... kontakt i przyjaźń pozostały... Jesteśmy w podobnym wieku, mamy podobne spojrzenia na świat... Teraz kiedy dzieci odchowane... łatwiej będzie częściej się spotykać... Bo tęsknimy za tym porozumieniem, za wspólnym śmiechem...

Dziś przede wszystkim rowerowo... krótka wycieczka... potem raclette... Gadanie... Przecież musieliśmy sobie opowiedzieć te ostatnie dwa lata... Głównie my, bo u nas najwięcej się zmieniło :)))

Dzieciaki (dwóch Janków i Antek, oraz Ula i Hela) od razu zniknęły w swoich pokojach i zajęli się swoimi klimatami. Okazuje się, że Helenka (lat 5) również uwielbia kolor różowy, także ma kucyki Pony i księżniczki... A chłopaki opowiadali sobie o Gwiezdnych Wojnach i muzyce poważnej (bo jeden z Janków chodzi do szkoły muzycznej)... Co prawda już pod koniec zabawy nastąpił odwieczny problem : Mamoooo... a chłopaki nie chcą nas wpuścić i walczyć z nami.... Mamooo... a dziewczyny nam się wtrącają.... itd...

Następne spotkanie koniecznie pod hasłem Gwiezdnych...będzie seans filmowy... przebrania... Już nie mogę się doczekać :) Będzie niespodzianka dla dzieci... choć one już zaczęły planować kto u kogo będzie nocować :))) Musimy tylko ściągnąć 4M.

Było świetnie. Kojąco. Doskonała terapia na stres z ostatnich tygodni...

 

poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Zielono mi

I Internet działa ! Cud !

Byłam rano na poczcie, na której spędziłam 5 minut ! Też cud !

A obok jest sklepik ogrodniczy... i z tej radości z powodu szybkiego załatwienia sprawy na poczcie, kupiłam dzieciom :

- poziomki

- niezapominajki

- miniaturowe goździki

Te goździki to dla mnie :) Tak na 1 Maja :)

I wieczorem, na balkonie... bawiliśmy się z dziećmi w ogrodników... w pustych doniczkach zasadziliśmy nasze roślinki... Ula i Antek będą sobie podlewać swoje sadzonki i czekać, aż małe czerwone owocki pojawią się na łodyżkach...

W długi week-end wyszorujemy porządnie balkon i zrobimy sobie mały tarasik, taki na którym sobie siądę, wypiję kawę i poczytam książkę...

Mam ochotę na więcej roślinek... Tylko jakie ???? Jakieś pomysły ???

Zawieszenie

Cos nie tak z blox w domu... nie chce mi wyświetlać stron, zjada notki... chodzi jak o kulach....

A w robocie, brak czasu na pisanie, bo tydzień krótki i trzeba duuużo spraw załatwić...

Ogólnie na szybko więc donoszę, że wszystko dobrze, że słońce świeci, że przysłość jawi się dość optymistycznie, choć trzeba czasu, a z cierpliwościa to u mnie kiepawo, bo chcę juz i teraz... Bilanse zdrowotne dzieci wyszły wspaniale, sezon rowerowy się zaczął i maluchy łapią trochę powietrza...

Podatki zapłacone i powoli wychodzimy z impasu... ten stres był ze wszystkiego najgorszy...

Powoli też odświeżamy kontakty ze starymi znajomymi, których dzieci tak i nasze już podrosły i możemy w końcu na luzie się spotykać, a nawet spokojnie pogadać, bo dzieci same sobą się zajmują...

środa, 23 kwietnia 2008
ULO-DZINKI

Tak na szybko, bo to jakiś cud, że udało mi się zalogować... blox coś się zrobił nieznośny i fatalnie się zachowuje :)

Mamy mało zdjęć, bo my przeciez organizatorzy i nie mieliśmy kiedy pstrykać :) Ale jak tylko ściągnę od uczestników, to powiększę fotoreportaż... no i z Wielkanocy też coś na albumię umieszczę... ale dopiero w week-end :)

Wianuszek był z prawdziwych kwiatków.... bardzo pachnący... prezent od zaprzyjaźnionej kwiaciarni na Bagateli :)

Szykujemy się do konkursów :)

Ula umazana pizzą, zdmuchuje świeczki :)

Impreza jednym słowem udana. Goście dopisali i brali udział w konkursach, które z poświęceniem prowadziłam. Raf zajmował się cateringiem i zabawianiem dorosłych gości... Prezenty cudne... i wymarzona lalka Królewna Śnieżka od wujka Jajka... a także cudne laleczki Elfy, skrzydełka wróżki, skakanki, książeczki, gry planszowe, Mon Chichi, kolorowanki... wszystko z zapałem oglądane i podziwiane, na wciąż...

Ale w następnym roku zamawiam jakąś Panią/Pana do prowadzenia zabawy, bo ja wróciłam WYCZERPANA !!!! Ja nie wiem, jak ta moja Sis może być nauczycielką i na codzień mieć do opanowania ok. 20-stki dzieci !!!! Podziwiam ją :)

Szybko, szybciej

Coś mi się dzieje z komputerem w domu. Nie mogę swodobnie łazić gdzie chce, cały czas mi się zawiesza.

Dlatego też z moich wczorajszych planów blogowych nic nie wyszło. Ani nic nie mogłam napisać, ani umieścić zdjęć, ani co gorsza poczytać sobie.

A daję słowo, ze potrzebowałam takiego nic nie robienia. Bo wczorajsza gonitwa zaczęła się o 9h09, gdy po raz pierwszy zadzwonił telefon. No i potem już nie przestawał. Były momenty, że gadałam do trzech słuchawek. Komicznie.

Po trzech tygodniach proszenia szefostwa o decyzję w sprawie wyjazdu jednej z "moich" firm na kongres i akcji marketingowej pt. stoisko, wczoraj postawiłam sprawę jasno : decyzja MUSI byc podjęta do 16h. Takie ultimatum dali mi oragnizatorzy. Inaczej pojedziemy tam jako zwykli obserwatorzy a nie wystawcy. No więc mam akcept. Po błyskawicznym spotkaniu u organizatorów, wiszeniu na telefonie, przekonywaniu, że za tę kwotę będą same korzyści, że to wcale nie tak dużo itd... Wysłałam kilkanaście maili z zestawieniami. Kontakt z agencją reklamową już nawiązany na plakaty, banery i prezentację.... Mam miesiac na zapięcie wszystkiego. Spoko. Wyrobię się. Tu przytnę, tam utnę, tu wynegocjuję .... Przyda mi się szkoła z różnych akcji Szperowych :)

I dopiero teraz ogarnał mnie strach, że jak gówno z tego wyjdzie, tzn. nie będzie potem odzewu ze strony klientów, to ja za to beknę. Może lepiej było się nie wychylać ? No ale z drugiej strony, jak mają nas poznać, skoro nie mają o nas informacji ? Zresztą, ważnym argumentem jest fakt, ze naszych dwóch konkurentów też się wystawia... Będzie co będzie... idę na całość...

W międzyczasie dowiedziałam się, że komercyjny kanał będzie kręcić nasze maszyny (tzn. drugiej z firmy :))) na placu... dziś o 15h ekipa przyjedża. Szybko, szybko... kaski i gumiaki wyczyścić, nowe kupić... No więc w niedzielę wieczorem na bardzo komercyjnym kanale specjalizującym się w "szołach" tanecznych... można będzie zobaczyć i kruszarkę, i koparkę z wysięgnikiem, i młoty itd....

O 18-stej ten dzień tak nagle jak się zaczął, tak szybko się skończył.... potem długa cisza telefoniczna ...

Jeszcze tylko dmuchanie świeczek przez Ulkę na symbolicznym torcie, bo Dziadkowie wpadli ucałować Małą Czterolatkę.... Choć trochę Ula się pogubiła : Mamo... to kiedy ja mam w końcu urodziny ???? Przecież impreza już była ??? Dlaczego dziś do przeszkola dostała cukierki do rozdania i po co drugi tort ????

No tak pojęcie rozciągliwości czasu i elastyczności okolicznościowej są jej jeszcze obce.... Może na szczęście :)))

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19